Zofia Posmysz

Literatura i Pamięć

Fundacja na Rzecz Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu zaprosiła na kolejne spotkanie z cyklu "Europejskie Rozmowy w MDSM" pt: Zofia Posmysz: Literatura i Pamięć.

Zofia Posmysz - ur. w 1923 r. w Krakowie. Gdy wybuchła wojna, była uczennicą liceum. Aresztowana, osadzona w więzieniu na Montelupich w Krakowie, następnie przeniesiona do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz skąd przetransportowana została do KL Ravensbrück i Neustadt-Glewe.

Po wojnie przeniosła się do Warszawy. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, następnie podjęła pracę w dziale literackim Polskiego Radia. Zrealizowała wiele słuchowisk i reportaży, które w późniejszym okresie stały się punktem wyjścia ciekawych, rozszerzonych sztuk. Jest autorką czterech książek poświęconych tematyce obozowej: „Pasażerka”, „Wakacje nad Adriatykiem”, „Ten sam doktor M.” oraz „Do wolności, do śmierci, do życia”.

Projekt wsparli finansowo:

  • Bank PEKAO SA
  • Urząd Miasta Oświęcim
  • Starostwo Powiatu Oświęcimskiego
  • ENCO firma inżynierska
  • OMAG

Kiedy patrzy się na Zofię Posmysz, jedna myśl kołacze się po głowie: „Dama.” Uważne oczy wpatrują się w słuchaczy. Jest w nich otwartość na słuchanie, choć to ona ma na tym spotkaniu mówić. Poważna twarz. Nie tak plastyczna, jak u aktorki, ale i nie maska. Twarz powściągliwa emocjonalnie, lecz szczera. Wyprostowana szyja czegóż może być wyrazem? Poczucia własnej wartości? Ludzkiej godności? Bo na pewno nie wyższości, choć za to nikt na Zofię Posmysz by się nie obraził. Długie, wąskie, chciałoby się rzec – rasowe dłonie, nie nadużywane w ekspresji. Całego obrazu dopełnia nienaganna fryzura i schludny, niewystawnie elegancki, nienarzucający się strój. Dyskretnie nonszalancki dodatek w formie kolorowej apaszki, pereł, czasem różanej broszki. Ale to wszystko mało. Oczarowanie rośnie, gdy Zofia Posmysz zaczyna mówić: spokojnie, rozsądnie, rzeczowo, mądrze, szczerze, nie przekraczając jednak przez samą siebie ustalonych granic.

Zofia Posmysz została zaproszona do Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży jako główna bohaterka jednego z cyklicznych spotkań pn. „Europejskie Rozmowy ”, do udziału w których MDSM zaprasza osobistości i autorytety ze świata kultury, polityki i życia społecznego. Dotychczas uczestnikami „Europejskich Rozmów” byli politycy, premier Tadeusz Mazowiecki, Hans Koschnick, pisarz brytyjski pochodzenia japońskiego Kazuo Ishiguro, prof. dr h.c. Reinhold Würth, przewodniczący „Grupy Würth”, znawca sztuki i filantrop oraz zmarły w tym roku prof. Józef Szajna - więzień obozów koncentracyjnych Auschwitz, Buchenwald, artysta malarz, scenograf, reżyser, twórca teatru autorskiego.

ZOFIA

Zofia Posmysz urodziła się w 1923 r. w Krakowie, w rodzinie kolejarza. Gdy wybuchła wojna, była uczennicą liceum. Na tajnych kompletach nawiązała kontakt z prasą podziemną („Polska Zbrojna”, „Biuletyn Informacyjny”). Z narażeniem życia kolportowała antyniemieckie ulotki. Aresztowana ( w wyniku denuncjacji) w kwietniu 1942 r. przez gestapo, osadzona została w więzieniu na Montelupich w Krakowie, gdzie poddawana była okrutnym przesłuchaniom, dlatego decyzję o przeniesieniu do KL Auschwitz przyjęła „z ulgą”. „Myślałam: będę tam pracować, ale wreszcie skończą się te przesłuchania. Arbeit macht frei. Praca czyni wolnym . Ten napis na bramie Auschwitz dawał mi nadzieję, że dzięki pracy kiedyś stąd wyjdę. Nie wiedziałam jeszcze, że dostałam wyrok: zamknięta do końca wojny.” W ostatnich miesiącach wojny przetransportowana została do KL Ravensbruck i Neustadt-Glewe. Po wojnie przeniosła się do Warszawy. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, następnie podjęła pracę w dziale literackim Polskiego Radia. Zrealizowała wiele słuchowisk i reportaży, które w późniejszym okresie stały się punktem wyjścia ciekawych, rozszerzonych sztuk. Jest autorką czterech książek poświęconych tematyce obozowej: Pasażerka, Wakacje nad Adriatykiem , Ten sam doktor M. oraz Do wolności, do śmierci, do życia.

Po wojnie nie miała odwagi pisać o Oświęcimiu, choć pierwszy reportaż, jaki kazano jej zrobić w Polskim Radiu, dotyczył Zakładów Chemicznych w Oświęcimiu. „Wydawało mi się, że nie ma takiego języka, który mógłby oddać to, czym był Auschwitz.” Kiedy rozpoczęły się procesy esesmanów, zadawała sobie pytanie, jak sama by się zachowała, gdyby przyszło jej oskarżać Aufseherin Franz – esesmankę, dzięki której być może udało jej się przeżyć obóz. I tak narodził się pomysł na „Pasażerkę” i na pisanie o Auschwitz. Dzisiaj Zofia Posmysz mówi: „Uważam, że to jedyny temat, na który warto by mi było jeszcze pisać.”

Spotkanie zatytułowano „Literatura i pamięć”. I choć najgłośniejszą książką Z.Posmysz jest wspomniana już, sfilmowana przez Andrzeja Munka „Pasażerka” (powieść ta stała się również librettem opery, do której muzykę skomponował rosyjski kompozytor-formalista Mieczysław Weinberg), jednak to nie ona stała się głównym „literackim” bohaterem wieczoru. Ola Piekorz, aktorka teatru „Na Stronie” z oświęcimskiego liceum im. S. Konarskiego, przeczytała opowiadanie autorstwa Z. Posmysz pt. „Chrystus oświęcimski”. Pochwały wielkie się należą za to czytanie – takie „normalne”, bez emfazy, z dystansem. Ale i samo opowiadanie jest literacką perełką, majstersztykiem. Na pozór dwudzielna kompozycja – wydarzenie w czasie wojny i po wojnie. Na pozór, bo to, co w czasie wojny, implikuje powojenne działania bohaterki. Narracja pierwszoosobowa, a nawet więcej – realna, wspomnieniowa, osobista. Prosty, plastyczny sposób obrazowania. Zwroty akcji i sinusoidy emocji. Każdy akapit przynosi coś nowego i zaskakującego. Całe mnóstwo tematów-punktów wyjścia do dyskusji . Niesłychanie dobrze wyważona kompozycja. I żadnych zbędnych słów. Streszczenie tego opowiadania w tym miejscu byłoby nad wyraz trywialne.

Opowieść każdego byłego więźnia obozu koncentracyjnego jest oddzielną historią. Jest wyjątkowym, osobistym przeżyciem tragedii Auschwitz, jednostkowym, choć tak na pierwszy rzut oka podobnym do innych. Są one jak setki zdjęć na obozowych wystawach, które być może tworzą jeden wielki obraz, tłum ludzi, ale za każdą twarzą kryje się inny los, inne emocje, inna psychika, inne doświadczenie: inny barak, inny kapo, inne miejsce na pryczy, inni współwięźniowie, inne rany, inne wszy.

Opowiadanie „Chrystus oświęcimski” to – jak powiedział prowadzący spotkanie Leszek Szuster – utwór budzący głęboką refleksję egzystencjalną. Jest w nim Bóg, którego podobno nie było w Auschwitz, jest platoniczna miłość między kobietą i mężczyzną, której poziomu szczęścia nie ogranicza w żaden sposób ani kolczasty drut, ani sadystyczni esesmani. Jest brak nadziei, który pozwala przetrwać piekło; jest poczucie wolności; są cuda, dzięki którym Zofia Posmysz może dziś uczestniczyć w tym spotkaniu; są wreszcie ludzie, dzięki którym przeżycie obozu okazało się możliwe.

WIARA

Opowieści o cudownym medaliku, czytane przeze mnie w dzieciństwie, do dnia usłyszenia opowiadania Zofii Posmysz wydawały mi się odpustowe i kiczowate. Jak się okazuje, forma podania ma znaczenie. Główny bohater, przedmiot - medalik z głową cierpiącego Chrystusa, ale bez cierniowej korony. „Nimbem z cierni uwiecznił artysta nazwę wyrytą na rewersie. Nazwę Oświęcim.” Do dziś noszony przez Zofię Posmysz, wykonany skrycie w obozie „w pracowni, nazwijmy to, artystycznej, w której więźniowie wyrabiali dla esesmanów różnego rodzaju przedmioty, dzieła i dziełka, poczynając od płaskorzeźb, drzeworytów, figurek, obrazów, a kończąc na biżuterii wytwarzanej z zagrabionych na rampie złotych monet.” Podarowany ze słowami „Weź na pamiątkę ode mnie. Niech cię chroni. Strzeż go, i jeśli Bóg pozwoli, donieś do wolności.” Taki dar to wyzwanie. Po pierwsze, posiadanie tego typu przedmiotu przez więźnia skazywało go, w razie wykrycia, na pewną śmierć. Po drugie: modlitwa, która jakże żarliwa się staje dzięki posiadaniu tego małego, metalowego, zakazanego przedmiotu. Po trzecie: chęć spełnienia nakazu „doniesienia go do wolności”. Kiedy darczyńca, kpt. Tadeusz Paolone-Lisowski zostaje zamordowany za swą działalność w obozowym ruchu oporu, Zofia zyskuje poczucie wolności, które wyraża ostentacyjnym noszeniem medalika bez szczelnego zasłaniania szyi.
Narratorka opowiadania, którą w oczywisty sposób można utożsamić z autorką, nawet w obozie pozostała osobą głęboko wierzącą. Wedle nakazu kpt. Lisowskiego, powtarzała bezustannie: „Bądź wola Twoja.” Tylko śmierć oficera chwilowo zamknęła jej serce na tę modlitwę, by po pewnym czasie otworzyć je jeszcze szerzej, bez najmniejszego „wewnętrznego sprzeciwu”. To Opatrzność wyprowadziła ją z obozu. Wyprowadziła rękami ludzi, którzy jej pomagali, a wśród których byli także esesmani.

A te cuda, które Zofii Posmysz przytrafiły się w obozie? Począwszy od zaniechania dziesiątkowania w jej komando, które było zwyczajową karą za ucieczkę więźnia, poprzez wybór do pracy w kuchni, a następnie uzyskanie stanowiska szrajberki – pracy we względnej czystości, cieple, pod dachem, w cywilnej sukience; przetrwanie tyfusu, podczas kiedy leżące obok chore umierały jak muchy, dezynterii, wreszcie uratowanie przez współwięźniarkę podczas rewizji w poszukiwaniu medalika. To tylko niektóre z cudów.

W obronie Boga w obliczu Auschwitz przemawiają słowa matki bohaterki opowiadania. Słowa, które wspomina, ale ich nie wypowiada, gdyż wydają jej się

za naiwne, jeśli nie prostaczkowate.
Jeżeli na świecie jest zło, to pochodzi ono od szatana, nie od Boga.

Jednym z najbardziej poruszających wspomnień z obozu, które Zofia Posmysz przywołała podczas tego spotkania, był rabin żydowski, który przyjechał wraz z transportem Żydów i kiedy cała grupa oczekiwała na rampie oświęcimskiej, oczywiście nieświadomie, że za chwilę poprowadzą ich do gazu, duchowny zaintonował przejmującą pieśń, najprawdopodobniej kadisz, czyli żydowską modlitwę za zmarłych.

Podczas przyjazdu jednego z transportów Żydów węgierskich, jakaś więźniarka zaintonowała polską pieśń nabożną z refrenem: Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud, słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud. Jeden z psychopatycznych esesmanów zapytał blokową, co one śpiewają. Kiedy ta mu przetłumaczyła, powiedział: Niech śpiewają. Dziś one się modlą, jutro wy.

Często napotkani przypadkiem ludzie przypominali, że jeśli oni pamiętają i się modlą, to gdzieżby Bóg zapomniał. Jak wspomina bohaterka spotkania, podczas przechodzenia kolumny więźniów przez miasto, jakaś kobieta, stojąca przy drodze, kreśliła ręką znak krzyża.

To dawało mi nadzieję, że jednak ludzie o nas myślą.
NADZIEJA

Tutaj najszybciej wykańczają się ci, co mieli nadzieję: że za miesiąc skończy się wojna, że świat postawi Hitlerowi ultimatum, że alianci zbombardują garnizon SS – takie słowa wypowiada w opowiadaniu Tadeusz, który podarował Zofii medalik. Napis na obozowej bramie zdecydowanie zawodził wszelkie nadzieje, był kpiną z nadziei, ironicznie tragicznym żartem, którego zakończenie, w tym samym tonie, choć już bardziej zgodnie z rzeczywistością, dopisali sami więźniowie: Arbeit macht frei durch Krematorium Nummer drei.

Podczas jednego ze spotkań w MDSM Zofia Posmysz mówiła: „Pewnego dnia byłam tak wycieńczona pracą w polu, że współwięźniarki przyniosły mnie nieprzytomną do obozu, przewieszoną przez grabie i motyki, które trzymały na swoich ramionach. Nie wiem, dlaczego ocknęłam się na moment przy bramie. Stała tam esesmanka, która na mój widok westchnęła: Mein Gott! So jung... To był odruch człowieczeństwa. Czepiałyśmy się każdej możliwości, żeby taki odruch wychwycić, bo to wzbudzało w nas nadzieję.”

Praca w polu była strasznym wysiłkiem dla niedożywionych więźniarek i strasznym przeżyciem każdego dnia. Niezdolne do pracy, wymęczone kobiety często były dobijane przez esesmanki. Ale okazało się, że człowiek może wytrzymać więcej, niż myśli. I tak wytrzymywały każdy dzień. Bezpieczny zapas nadziei na przeżycie wynosił: Przetrzymajmy kolejny kwadrans. Większe dawki powodowały większe rozczarowanie, a ostatecznie – całkowite załamanie.

Podczas śledztwa w sprawie politycznego oddziału w obozie kpt. Lisowski – Paolone wraz z innymi oficerami Wojska Polskiego znalazł się w celi 18., celi śmierci, na której ścianie ktoś wyrył słowa: Ci, którzy weszli tutaj, porzućcie wszelką nadzieję.

Można było sobie na nią pozwolić w beznadziejnym momencie: kpt. Lisowski, rozstrzelany 11 października 1943 roku pod „ekranem”, czyli Ścianą Śmierci, krzyknął ostatnie słowa w swoim życiu: Niech żyje Wolna i Niep...

Ale nadzieja była. Ileż miłosiernych odruchów można wyłowić z setek opowieści o obozowej gehennie. Myślę, że równoważyły ciężar popełnianych tam zbrodni, choć nikt nigdy tego nie zważy ani nie zmierzy. Nadzieja była. Tylko nikt o niej nie mówił. Żeby nie zapeszyć.

MIŁOŚĆ
W jego grypsach ani razu nie pojawiło się słowo miłość, ani nic, co by ją choćby sugerowało.(...)Nic o uczuciach, choćby sympatii, lub przynajmniej o tym, dlaczego pisze do mnie, dzieli swymi myślami, w jakimś stopniu sobą się dzieli. Lecz to mi w zupełności wystarczało. Wtykając zwitek papieru za belkę więźby dachowej szeptałam "Nie budźcie miłości, dopóki nie zechce sama (...)"

Cóż z tego, że tak naprawdę nic o nim nie wiedziałam?(...) Był. Istniał. Istniał w moim życiu. Dobry duch, światło w ciemności Birkenau. Szczęście niepojęte, nie do nazwania.

Byłam szczęśliwa. Tam. W Auschwitzu. Wieczorami (...)wodząc palcem po srebrnej blaszce, wydobywałam przed oczy pamięci oblicze Umęczonego, aby się doń modlić, nie prośby jednak zanosząc, lecz dziękczynienie. Za to jakieś poczucie powinowactwa, niezwykłe, bliskie ekstazy, której, Boże wybacz, doznają święci.(...)

Moje odpowiedzi były takie, jak jego listy. Nie było w nich wyznań jak jest dla mnie ważny, jaka wartość nadał mojemu życiu...(...) Chodziłam po Lagerstrasse, na której zwykłym numerom raczej pojawiać się nie godziło, jak gdyby była to Floriańska,(...) na wózek Leichenkommanda wypełniony powyżej brzegów nagimi zwłokami spoglądałam tak, jakby wiózł polana, z błogostanu nie wyrywały mnie krzyki dochodzące z rampy, należałam do innego świata. Świata nie stąd. Brodziłam po rajskich łąkach, które rozpościerały przede mną jego listy. Wszystko, czym żyłam, było nie stąd. I z żadnej, znanej mi rzeczywistości. Uczucie całkowicie wyzbyte nadziei, cienia myśli o przyszłości, o byciu razem, a nawet, tak, nawet o ponownym spotkaniu, wolne od pragnienia czegoś więcej, niż to, co jest doskonale bezinteresowne, samo w sobie było szczęściem.

Dzięki powyższej, okrutnej wiwisekcji, dokonanej przeze mnie na opowiadaniu Zofii Posmysz, otrzymujemy jeden z najbardziej przejmujących opisów zauroczenia, fascynacji, miłości rozkwitającej w sytuacji ekstremalnej, której na imię Auschwitz. Te słowa nie pozostawiają miejsca na żaden komentarz, na żadne dodatkowe pytanie.
Podczas spotkania takie pytanie jednak padło, ze strony publiczności. Po chwili zastanowienia, Zofia Posmysz powiedziała: „Ten rodzaj uczucia mógł się zrodzić tylko w warunkach beznadziei. To był związek jak między Magdaleną a Jezusem. Osoba tego człowieka stała się punktem odniesienia na całe moje dalsze życie.”

TADEUSZ

Kapitan Tadeusz Paolone (Paulone) – „Lisowski”, postać na wskroś autentyczna, widziany był przez bohaterkę opowiadania tylko trzy razy. Poznali się, kiedy wprowadzał ją w tajniki prowadzenia księgi przychodów i rozchodów w kuchni. To on podarował jej medalik „oświęcimskiego Chrystusa”. Jest jednym z przypomnianych przez to piękne opowiadanie oświęcimskich bohaterów – męczenników. W czasach powojennych autorce udało się dotrzeć do osoby, która wykonała medalik, ale o samym Tadeuszu nie zdobyła zbyt wiele informacji.

Tadeusz Paulone urodził się 23 lipca 1909 r. w Piekiełku, powiat limanowski, gmina Tymbark. Nazwisko sugeruje włoskie korzenie. Jego przodek najprawdopodobniej przybył do Polski jako ochotnik wojskowy w czasie powstania styczniowego. W r. 1929 rodzina Paulone opuściła Polskę, wyjeżdżając do Argentyny. Jedynie Tadeusz uparł się, żeby zostać w Polsce. Czuł się Polakiem i chciał się dalej kształcić. Pozostał pod opieką cioci, Marii Kapturkiewicz. Bez problemów ukończył gimnazjum w Nowym Sączu. Szczególnie interesował się historią, „wybierał” z niej swych ulubionych bohaterów, zwłaszcza tych walczących o dobro Ojczyzny, z którymi się utożsamiał. Po maturze postanowił zostać zawodowym żołnierzem. Po ukończeniu szkoły wojskowej w Dębicy Tadeusza przeniesiono do Cieszyna, gdzie otrzymał przydział służbowy w 4. Pułku Strzelców Podhalańskich.

Po walkach w kampanii wrześniowej 1939 r. ukrywał się w Rabce, gdzie nawiązał kontakty z podziemiem. Po powrocie do Tymbarku organizował tajne komórki Ruchu Podziemia. Wtedy przybrał pseudonim „Lisowski”. Tadeusz Paulone był jednak żołnierzem „z krwi i kości”, dlatego nie czuł się spełniony w pracy konspiracyjnej. Pragnął otwarcie walczyć z najeźdźcą, z bronią w ręku, dlatego podjął decyzję o przedostaniu się przez zieloną granicę do tworzącej się na Zachodzie Armii Polskiej pod dowództwem gen. W. Sikorskiego. Niestety, zaraz po przekroczeniu granicy, został aresztowany przez policję słowacką, która współpracowała z Niemcami. Mimo licznych przesłuchań i tortur na gestapo w Nowym Sączu i Tarnowie, nic nie ujawnił i został, jako więzień polityczny, wysłany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Otrzymał numer 329.

W obozie dość szybko nawiązał kontakty z innymi więźniami – byłymi oficerami WP. Wspólnie utworzyli komórkę ZWZ. Zadenuncjowany przez jednego z obozowych szpicli, wraz z innymi oficerami był poddawany przesłuchaniom. Udowodniono mu, że jest zawodowym oficerem i nazywa się Paulone (dotąd posługiwał się fałszywymi dokumentami na nazwisko Lisowski). 11 października 1943 roku rozstrzelany pod Ścianą Śmierci przy bloku 11.

Małgorzata Gwóźdź

Podczas pisania powyższego tekstu korzystałam z następujących źródeł:
1. Zofia Posmysz „Chrystus oświęcimski”, kwartalnik literacki WYSPA, marzec 2008.
2. Stanisław Wcisło „Opowieść o kapitanie Tadeuszu Paulone”, Almanach Ziemi Limanowskiej, nr 25, lato 2006.
3. „Rozmowy z byłymi więźniami. Zofia Posmysz”, MDSM, listopad 2006 (film DVD).

Fundusz Neumannów

SZANSA NA STYPENDIUM

XVIII edycja konkursu
"Stypendium dla najzdolniejszych"

Wyniki